Adam Czetwertyński

Harcerstwo (169) Kuchnia (17) Kultura (238) Polityka (37) Pożegnania (19) Szkoła (72) Varia (100)

Na plaży…

Plaża nad Bałtykiem to takie dziwne miejsca na świecie rządzące się odrębnymi prawami i obyczajami. “Nasza” plaża pewnie też. Choć w porównaniu z innymi jest chyba jakaś inna. Na “naszej” plaży zawsze można znaleźć miejscówkę w pierwszym rzędzie - bezpośrednio nad morzem. I nie trzeba wpychać się na siłę między dwa “państwa” otoczone parawanami - zawsze mamy możliwość wybrać sobie miejsce, ot, trzeba przejść 50 metrów i można się rozkładać. Można też, gdy trafi się na palących sąsiadów, zwinąć się i przejść kawałek dalej. A więc plaża ideał. Z wolnym drugim, trzecim i czwartym rzędem.
Ten czwarty jest pod płotem. Jeszcze rok temu w naszej okolicy go nie było. Ale jest. I dobrze, bo piaszczysta skarpa była systematycznie rozdeptywana przez osoby, które szły na skróty do lasu. Więc dobrze, że ten płot został postawiony. Fakt, nie możemy się ułożyć w cieniu drzew. Ale to da się przeżyć.
Oczywiście jest rejon prawie tak wyglądający, jak plaże, gdzie smaży się stu Polaków na stu metrach kwadratowych. To wybrany kawałek piasku przy głównym wejściu, gdzie znajdziemy dwa namioty z dobrem wszelakim do jedzenia i picia oraz mniejsze stoiska i budki, a to z goframi i lodami, a to z zapiekankami czy zabawkami dla dzieci. Siedzą też dziewczyny zaplatające warkoczyki. Jak wszędzie. Przed wejściem dwie duże restauracje - bary szybkiej obsługi, jeszcze jakiś kiosk z lodami i nasze ulubione miejsce - kawiarniolodziarnia “Cuba”. Bywamy tam, właśnie tam, często, chyba nawet za często. Ale można tam kupić ciastka, lody, gofry, rurki z kremem i zupełnie niezłą kawę. Niestety tylko niezłą. Ale czy człowiek zawsze musi mieść to, co najbardziej lubi? Siedzimy tam sobie pod parasolami, patrzymy na tłum i kto wie, czy właśnie nie w tym miejscu czujemy się jak na prawdziwych wczasach nad morzem?
A na plaży przy tym wejściu tam kłębi się tłum i między jego namiotami, parasolami, kocami i ręcznikami przechodzi się z trudem. Kawałek dalej jest już pustawo. I jest super.
Obyczaje znad Bałtyku? Owe “państwa” grodzone parawanami już tyle razy były opisywane, więc nie ma sensu rozwijać tego tematu. Jeden fakt jest wart podkreślenia. Wszyscy wokół są mili, uprzejmi, kulturalni. Panie (i panowie) w restauracji “Wielorybek”, i te od zapiekanek, lodów, te od zabawek, gofrów i innych dóbr. One w sezonie ciężko pracują i bardzo się starają, byśmy byli z tej pracy zadowoleni. Ale także ludzie wokół są w większości uśmiechnięci, zadowoleni. Nie słyszy się popularnego słowa na k… Staliśmy się na plaży jacyś cywilizowani. To bardzo dobrze.
I drugi obyczaj - nasi rodacy zazwyczaj nie wchodzą do wody. Leżą, piją i piwo, jedzą gofry. Morze jest dla większości z nich płaszczyzną do oglądania. I jest im dobrze.
Mnie też. Bo na plaży (i jej okolicach) fajno jest.

Dzieci

Luty 2016. Na świecie pojawił się Jerzyk. To trzecie wnuczę po Elizce i Tymku. G. zachwycona. Jerzyk jest duży i jakiś taki dorosły. Ma niewiele ponad miesiąc “a już patrzy tak dorośle”. Każde z tej trójki jest zupełnie inne. Ale cóż, dwuletnia panienka musi różnić się od swojego ciotecznego brata, który ma osiem miesięcy i tego najmłodszego maleństwa.
Jacy będą? Kim zostaną? Jakie będą mieli zdolności? Gdy patrzę na Piotra i Olę - moje dzieci i rodziców tych małych ludków- gdy przypominam sobie ich dzieciństwo, oczywiście porównuję je z tą trójką. Nie sposób nie zauważyć, jak nieprawdopodobnie zmienił się w tym czasie świat. Ale nie o jednorazowych pieluchach, Gerberach i mokrych chusteczkach chcę tu pisać. Także nie o internecie, komórkach i Unii Europejskiej.

Lipiec 2017. Felieton ten zacząłem pisać półtora roku temu. Przerwałem, jak kilkanaście innych tekstów. Ale wydaje się, że temat jest interesujący. Jerzyk już swobodnie chodzi. Jest facetem ze złotymi włoskami, z którym porozmawiać jeszcze się nie da, ale da się porozumieć. A to już dużo. Jeszcze nie powie, czy ma mokrą pieluchę, czy jest głodny. I z jednego, i z drugiego powodu może zacząć płakać. Ale to nic. Rośnie, dojrzewa. Pokazuje palcem. To chce. To mu się podoba. Ciągle trzeba zgadywać, o co mu chodzi.
Jak to było ponad 30 lat temu? Piotr zawsze jakiś dorosły. Niezależnie, ile miał lat. Mówił wcześnie, czytał mając ze trzy, góra cztery lata. Liczył dość swobodnie. Gdy poszedł do szkoły, wszystko umiał i wiedział. Nie musiał się niczego uczyć. Oczywiście poza równym, czytelnym pisaniem. Pisania, takiego kaligraficznego, nie opanował do dziś.
Ola była w jego cieniu. Powtarzamy od czasu do czasu jej pogląd, który sformułowała mając siedem lat: - Ja nie muszę uczyć się czytać, przecież Piotrek potrafi. - Ola miała swoje własne babskie problemy i nauka nie była jej pasją.
A teraz patrzę na Elizkę, Tymka i Jerzyka. Które będzie jak Piotrek, które jak Ola? A które będzie po prostu sobą? Każde będzie się pewnie rozwijać się zupełnie inaczej. Bardzo jestem ciekaw, jak.

To choroba?

Ten felieton pisałem długo. Może dlatego warto podzielić go na rozdziały. Czyli najpierw stary
Rozdział I
Narzekanie, szczególnie narzekanie na dzisiejszą młodzież nie ma sensu. Przecież młodzież dorasta i już wtedy jest całkiem inna. I choć na owych dorosłych też można sobie ponarzekać, to już z zupełnie innych powodów.
Ale raz na jakiś czas pomarudzić można. Ba, nawet trzeba. A było to tak. Siedzę wczoraj w kinie. “Ave Cesar”. Przede mną normalna współczesna panienka. Może ma 17 lat? Ot, dziewczyna w wieku moich uczennic z liceum. W ręku komórka. Włączona cały czas. Co jakiś czas komórka rozświetla się - pewnie ktoś dzwoni, a może to sms? Panienka odrywa wzrok z ekranu i patrzy na komórkę. Po chwili odpisuje i znów spogląda na ekran. Na komórkę i ekran. Żyje w trzech rzeczywistościach - tej filmowej, tej komórkowej i jeszcze w realnym życiu. Takie roztrojenie jaźni.
Teraz rozdział wspomnieniowy.
Rozdział II
Klasa szkolna. Lekcja polskiego. Nieistotne, czy rozmawiamy o Gombrowiczu czy Mickiewiczu. A może o Tuwimie. - W. - schowaj komórkę. - Oczywiście, panie profesorze. - Komórka znika na pięć minut. Po jakiejś chwili: - W., daj mi komórkę. - Odbieram aparat i odkładam blisko mnie. Czasem pokrzykuję, czasem ośmieszam. Nic. Bez efektów. Raz, drugi, trzeci… To nie jest lekceważenie nauczyciela. Nie. W. po prostu musi na komórkę patrzeć, korzystać z niej co jakiś czas. Niech się wali, niech się pali. Komórka jest najważniejsza.
No i rozdział - marudzenie.
Rozdział III
Mamy nowy świat. Nowe obyczaje. Nową młodzież. Dlatego w tymże świecie świadomie pozostawiam komórkę w domu. Nie, nie mogę się od niej uzależnić. Kiedyś nie mieliśmy w domach telefonów. Żadnych. Jakoś się umawialiśmy, spotykaliśmy, żyliśmy intensywnie. Także o sobie wiele wiedzieliśmy. Dziś bez telefonu komórkowego niektórzy nie widzą życia. To choroba. Z niej można się wyleczyć. Tak sądzę.

Street

Raz, drugi, trzeci… Jeżeli człowiek, mając duży wybór miejsc do jedzenia w centrum handlowym, wybiera cały czas to samo, o czymś to świadczy. No tak, nie można uniknąć obecności w centrach handlowych. I to niezależnie od tego, czy ma się zamiar wyjechać za granicę na wczasy, czy chce się kupić dziecku prezent urodzinowy, czy też trzeba porozmawiać w sprawie zmiany warunków umowy w biurze którejś sieci telefonicznej. Wszystko w jednym miejscu. Wiemy, znamy, nie rozwijam tematu. To się może, ba, to się musi podobać. Jak myśmy mogli żyć w czasach, gdy takich centrów nie było? No tak, nie było również telefonów komórkowych.
Przez lata obserwowałem, jak rozwija się wielkie (na warunki szwedzkie) takie centrum w jednej z dzielnic Sztokholmu. Najpierw było kilka budynków koło stacji metra, w których na parterze były sklepy, na piętrze biblioteka, biura albo ośrodek zdrowia. Powstały też stosunkowo niewielkie domy handlowe znanych sieci. I ogromny garaż. Później zaczęto te budynki łączyć, jedna z uliczek otrzymała dach, jakiś kawałek dobudowano, zadaszono drugą uliczkę, przeprowadzono kolejne remonty, tworząc wygodne ciągi pieszych. Chyba na końcu utworzono duże centrum gastronomiczne z kilkoma punktami, zupełnie tak jak u nas. Tam wszystko ewaluowało, myśmy mogli z ich doświadczeń korzystać. Nie musimy jakichś dachów dobudowywać.
Dziś mogę, jak i w Sztokholmie, wybrać sobie miejsce, gdzie chcę zjeść w miarę tanio i w miarę smacznie. Wybrać jedno miejsce z dziesięciu innych. I w Arkadii, i w Blue City jest to “Street”. Na początku, przy pierwszej tam obecności niepokoi bardzo długa karta. I makarony, i coś meksykańskiego, i zupy, i sałatki, i takie normalne dania mięsne/rybne, i naleśniki, i pierogi, dania sezonowe (na wiosnę ze szparagami) itd., itd. Dużo tego, za dużo. jak się w tym nie zgubić? Gdzieś przeczytałem, że to kuchnia amerykańska. Nie wiem, dlaczego tak napisano. Bo dużo dań grillowanych? Na dodatek w sali ekrany i do oglądania filmiki, gdy ktoś wpada do basenu albo pies udaje człowieka a człowiek psa. Żenada.
I tam właśnie do tego “amerykańskiego” lokalu od pewnego czasu bardzo lubię chodzić na lunche czy późniejsze obiady. Wszystko jest na swoim miejscu. Jest tak, jak powinno. Mięso jest właściwie upieczone, usmażone czy grillowane, frytki są świeże, sałatka jakby zrobiona specjalnie dla mnie, świetny dressing, ładnie podane, ciepłe (co wcale nie jest typowe w naszych restauracjach). Na dodatek kelnerki nieco bardziej profesjonalne niż w innych lokalach. Próbowałem pierś z kurczaka, polędwiczki wieprzowe, gyros, placek zwany zbójnickim, indyka i coś tam jeszcze. To wszystko było smaczne, ani razu się nie zawiodłem. Gdy w obu centrach handlowych zastanawiam się na parterze, czy wjechać na piętro i wybierać między stoiskami z dobrym jedzeniem, pozostaję na dole i idę do “Streeta”. Ciekaw jestem, kiedy mi przejdzie miłość do tej minisieci (mają tylko trzy lokale). Kto inny podbije moje serce. Na razie nie ma konkurencji.

Pożegnanie

Dziś w Mickiewiczu skromne pożegnanie. Kwiatki, drobny prezent, kilka słów z mojej strony (wszak nie odchodzę na serio ze szkoły, coś muszę zrobić, coś musimy zrobić z wychowawcami klas pierwszych, z całą radą pedagogiczną, aby odrodzić “Trójkę”; dopiero, gdy drużyna harcerska będzie w szkole działała, będę mógł powiedzieć - odchodzę na emeryturę). Rzecz nie byłaby warta opisywania, bo było miło, ale to przecież taki incydent, drobny fragmencik rady pedagogicznej, gdyby nie list, a właściwie fragmencik listu, jaki wystosowała pod moim adresem nasza pani Dyrektor.
Otóż w liście tym znalazł się cytat, który brzmi: “W emeryturze nie ma nic złego pod warunkiem, że nie dopuścimy, aby przeszkadzała w pracy”. I nie jest istotne, czy to rzeczywiście powiedział jeden z amerykańskich prezydentów. Ważna jest mądra w rzeczywistości myśl, że w każdym wieku można pracować. Ba, że nie powinniśmy od tej pracy uciekać. Jedni powiedzą: - Pracuję na działce. - Inni będą pisali pamiętniki, ktoś jeszcze opiekować się będzie chorym kuzynem czy wnukami. Emeryt cały czas pracuje.
Ciągle ktoś zadaje mi pytanie, jeżeli już nie pracujesz w szkole, jeżeli już nie otrzymujesz pieniędzy z ZHP, to chyba się ogromnie nudzisz. Odpowiadam, że nuda jest niemożliwa. Bo jest redakcja “Czuwaj”, jest nasz hufcowy “Praski Świerszcz” - co miesiąc pisanie i redagowanie tekstów. Jest rocznik “Harcerstwo”, który lada chwila trzeba dać do druku. Jest hufcowa komisja stopni oraz zespół kształcenia, jest opieka nad stroną hufca. (Ta strona, niby taka drobna sprawa, a zajmuje mi sporo czasu). Są harcerze z Białorusi, dla których szykujemy obóz (i na którym to obozie będę - to prawie trzy tygodnie ciężkiej pracy). W najbliższym czasie mam też przydzielone przez dyrekcję redagowanie wydawnictwa z okazji 120-lecia Mickiewicza (oczywiście liceum noszącego jego imię). No i mam kilka pomysłów na przyszłość, w tym wielkie domowe sprzątanie - to praca na pół roku.
Strasznie mi się podoba - emerytura ma nie przeszkadzać w pracy. Muszę sobie gdzieś zapisać to zdanie. A na razie w najbliższy poniedziałek jadę do szkoły, by przez cztery godziny w komisji rekrutacyjnej przyjmować świadectwa gimnazjalistów, którzy chcą od września zostać uczniami Mickiewicza. Pożegnanie było, ale obowiązki pozostają obowiązkami. I wcale się tym nie martwię.

Next Page »