Adam Czetwertyński

Harcerstwo (175) Kuchnia (16) Kultura (235) Polityka (37) Szkoła (69) Varia (107)

Jacek

I znów pożegnanie. Dziś zmarł Jacek. Jeden z tych (jak to brzmi banalnie), który całe życie poświęcił harcerstwu. I czynił to z zapałem, z nieprawdopodobnym zapałem i zaangażowaniem. Czasami z Jackiem rozmawiałem, czasami korespondowałem. Czytałem jego zapiski na fb, był tam bardzo aktywny. Ciągle zamieszczał zdjęcia swoich ukochanych “Powsinóg”. Wczoraj, zupełnie przypadkowo, znalazłem na biurku jego życzenia świąteczne z roku 2012. Jak zwykle wypisane skośnym, równym pismem. Nie wiedziałem, że to jakiś symbol, że wtedy był na granicy życia i śmierci.
Otwieram ostatnią dłuższą korespondencję. Lato 2016 roku. Zapraszam go do naszego ośrodka w Ocyplu, bo spotykam tam (oczywiście przypadkowo) członków jego środowiska. Byłoby miło porozmawiać w towarzystwie wychowanków jego wychowanków. Jacek wychodził właśnie ze szpitala, uczył się robić zastrzyki. Cukrzyca. Nie, nie mógł przyjechać na Kociewie. Ot, piszemy do siebie, że może się spotkamy w Warszawie, może w Opolu. Ale od dzisiaj wiem, że się nie spotkamy…
Widziałem Jacka dobrych kilka lat temu. Miał kłopoty. Sytuacja, w jakiej się znalazł, z własnej winy, była mało sympatyczna. Starszy pan zrobił głupstwo, wstydził się tego, a powiedział o dwa zdania za dużo. Groziło mu (jemu, najcudowniejszemu z harcerzy) usunięcie ze Związku. Karę przyjął z właściwą sobie pokorą. Cierpiał i dostosował się do decyzji harcerskich władz. Rozumiałem Jacka, współczułem mu. Może dlatego, że co prawdę jestem odrobinę od niego starszy, ale nasze życiorysy troszeczkę, troszeczkę były zbieżne?
Dla mnie Jacek nie był przede wszystkim szefem “Powsinóg”, nie był świetnym muzykiem, autorem piosenek, kawalerem Orderu Uśmiechu. Nie, był tym, który zupełnie bezinteresownie zaczął pomagać harcerzom na Ukrainie. Przed laty byłem z Jackiem (i Misią) we Lwowie, staraliśmy się nawiązać normalne relacje z odradzającym się na Ukrainie polskim harcerstwem. Wówczas nam się to udało, a dalsze niepowodzenia to na pewno nie my. Wtedy to “Powsinogi” zaopiekowały się środowiskiem harcerskim w Drohobyczu. Czyli zaopiekował się nimi Jacek. Obozy, spotkania, pomoc - bardzo za to Jacka ceniłem.
No nie, ceniłem go za całokształt. Za postawę, za zaangażowanie, za uśmiech, za dobroć. I oczywiście nie będę Jacka wspominał jak jego liczni wychowankowie. Nie mam szans. Od dziś jest o jednego prawdziwego harcmistrza mniej. Ogromna szkoda, ogromny żal.
PS W sobotę 28 stycznia pogrzeb w Opolu. Piękne słońce. Tłum. Starych i młodych. Harcerzy i cywili. Pogrzeb godny harcerskiego instruktora. Piękne, mądre kazanie księdza, który znał Jacka. Nad grobem kilka zdań prezydenta miasta i dwóch instruktorów. Głos więźnie im w gardłach. Pozostanie po nim pamięć, dobra pamięć u wielu, wielu z nas.

Trzy razy Janda

Nieprawdopodobny weekend. Trzy razy byłem w teatrze Krystyny Jandy. Nie, nie dlatego, że uznałem, iż trzeba nadrobić wszelkie zaległości. Nie. Po prostu na jedno przedstawienie kupiłem a na dwa dostałem bilety, a darowanemu koniowi (jak wiadomo) w zęby się nie zagląda. Trzy przedstawienia. Każde inne. O każdym więc słów kilka. No i wnioski.

Piosenki z teatru
Sama szefowa bawi pierwszego wieczoru publiczność opowieściami różnej treści i śpiewaniem piosenek z trzech jej spektakli. Ponieważ pierwszy z nich był w czasach, którego widzowie i tak nie pamiętają (ach ta skleroza), a pozostałe były równie dawno, pomysł bardzo dobry. Tylko to wykonanie… Powszechnie lubimy Krystynę Jandę, lubimy, jak opowiada i śpiewa. Tylko że opowiada zacinając się, gubiąc wątki, zapominając słowa. A piosenki? Mniej lub bardziej znane? Trochę podobnie. Doświadczona artystka potrafi jakieś słowo zamienić, coś zaśpiewać, aby widz nie zauważył wpadki. Ale czasem wpadki są zbyt duże. I Janda wykrzykuje: - Zapomniałam tekstu! – Publiczność jej to wybacza, ale ja tu zbyt tolerancyjny nie jestem.

Opowieści emigranta
Czesław, czyli Czesław Mozil jest dziś celebry tą. Bo wziął udział w jakimś programie telewizyjnym. I choć z lekka sepleni, choć jego piosenki budzą duże wątpliwości, jest na tyle popularny, że zgromadził sporą grupę publiczności na spektaklu, będącym także show jednego aktora. Opowiada o swoim życiu, nieco innym niż nasze, bo wychowywał się w Danii. Osiem lat temu wrócił do Polski… Czy da się porównywać Krystynę Jandę z Czesławem, jeżeli ta pierwsza mogłaby być matką tego drugiego? Można, oczywiście że można. W tym przypadku biograficzne opowiastki przeplatane piosenkami zostały przygotowane bardzo solidnie. Czesław gra, śpiewa i mówi – wydaje się czasem, że czyni to równocześnie. To fizycznie jest niemożliwe, a jednak… Gdy trzeba – sepleni. Gdy trzeba – nie. Jak on to robi? Nie wiem. Ponoć nasi najwybitniejsi kucharze mają to samo – na wizji kaleczą język a na co dzień świetnie posługują się naszym językiem.

W domu starców
Bardzo cenię sobie „Chłopców” Grochowiaka. To jedna z najlepszych sztuk, jaka została napisana w czasach PRL-u. Mrożek, Różewicz no i Grochowiak. Znakomita trójka tak różnych twórców. W „Polonii” oglądamy opowieść o starości, o przemijaniu, o ludzkich słabostkach. O ludzkich wzlotach i upadkach. Oglądamy bardzo mądrą sztukę i zarazem oglądamy złe przedstawienie. Niektórzy aktorzy wybitni, niektórzy modni, grupka mało znanych, ale przecież wszyscy są profesjonalistami. I przed nami teatr prowincjonalny i amatorski. Nie żebym miał coś do teatrów amatorskich i prowincjonalnych. Rzecz w tym, że oglądamy sztampę, banał, jedną wielką przeciętność. Oglądamy przedstawienie, w którym nie ma ducha teatru, jakiegoś autentycznego przeżycia. Szkoda aktorów, szkoda widzów zapełniających wszystkie krzesła na widowni. Wstyd, panie reżyserze, wstyd.

No to policzmy: Janda na trójkę, Mozil na czwórkę, Grochowiak na dwa. Średnia ocena – dostateczna. Mało.

Zofija

Pożegnanie. Po raz kolejny. I inaczej być nie może. Czas płynie. Ludzie odchodzą z naszego najlepszego ze światów. Niektórzy przygotowują się do tego wydarzenia latami i miesiącami. A inni opuszczają nas niespodziewanie. We śnie. Tak jak Zofija. Była z nami stosunkowo krótko, cztery czy pięć lat. Jednak zdążyła w swej karierze przez rok być szczepową. Opisywanie dziejów “mojego” szczepu, który w tamtych latach tworzyłem własnymi rękami, zajęłoby zbyt wiele miejsca. Istotne, że Zofija najpierw była szeregową harcerką, później drużynową, a w roku 1973/74 kierowała niewielkim wówczas Szczepem 3 WDH. Zofija poszła swoją drogą, studiowała historię sztuki i nie miała z naszym środowiskiem wielu kontaktów. Ale, i o tym chciałbym tu napisać, do końca życia pozostała harcerką. I wydaje się, że to harcerstwo ją ukształtowało. To nasze obozy wędrowne w Bieszczadach i Beskidzie Niskim pozostawiły w Zofiji trwały ślad. Całe dorosłe życie interesowała się kulturą Łemków, znała się na ikonach, pisała je, ratowała cerkwie, w tym jedną z nich dosłownie.
Bardzo interesujący jest fragment wspomnienia, jakie zostało zamieszczone na stronie Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Oto, co pisze autor wspomnienia:
- Z mojej perspektywy Zocha była przede wszystkim harcerką, najlepszej próby. To wyjaśnia, jak pracowała z ludźmi już w czasach poharcerskich. Wielu znalazło dzięki niej ulgę dla duszy i ciała. Kontynuowała tradycję rodzinną - jej ojciec był twórcą i wieloletnim dyrektorem Centralnej Składnicy Harcerskiej. Spytajcie ludzi pamiętających Warszawę z czasów PRL, co to była za instytucja. Na przykład jako pierwsza oficjalna placówka handlowa sprzedawała komputery. W latach 1978-81 Zofia Szanter zorganizowała akcję (z udziałem ludzi z SKPB), która uratowała przed zawaleniem cerkiew w Przysłopiu. Wymieniono przegniły dolne wieńce zrębu, zrobiono odwodnienie. Praca była czysto społeczna i mało zmechanizowana. Uwarunkowania „zewnętrzne” inne niż dziś, gdy władze terenowe uważają dawne cerkwie za swój atut i nie szczędzą środków unijnych i własnych na ich remonty.
Tak, po prostu Zofija była przede wszystkim harcerką. Jak kilka setek wychowanków naszego środowiska. We wspomnieniach, jakie zostały o niej spisane, ta cerkiew jest głównym punktem. Ale mnie się wydaje, że te czterdzieści kilka lat wcale nas nie dzieli. Zofija jest blisko. Ze swoimi harcerskimi pasjami, ze swoim harcerskim, aż do bólu, życiem.

Co może reżyser

W teatrze “Syrena” nowa inscenizacji “Iwony…”. W Narodowym grają już “Iwonę…” od jakiegoś czasu. Tamta inscenizowana po bożemu, tak normalnie. Z brzydką Iwoną, prawdziwym (choć łysym) księciem. Królową, która chce być gibka. Wyobrażam sobie, że gdyby Gombrowicz mógł to przedstawienie oglądać, nie miałby specjalnych zastrzeżeń. Co prawda Iwona sypia na krześle, więc książę biega wokół niej z nożem i nie wie, jak jej podciąć gardło, ale Iwona śpi przy tym głęboko. Jak to Iwona. I siada, zgodnie z zamiarami autora, naprzeciw Króla, by połknąć nieszczęsne karaski.
A w “Syrenie” wszystko się pomieszało. Czy reżyser nie zrozumiał Gombrowicza, czy też ja tegoż Gombrowicza nie rozumiem? Bo Gombrowiczowski świat się wali. Rozbija, rozpada. Zabawa literacka, zabawa w konwencje, nasze ludzkie marzenia i obawy stają się całkiem widzowi obce. Autor pisze utwór groteskowy. Taki jest Król, taka Królowa i cały dwór. Gęba przypisana wszystkim bohaterom, w tym Iwonie. A tu co? Iwona swoim niewinnym spojrzeniem uwodzi księcia. Śliczna dziewczyna (czasami grana przez chłopaka - dlaczego?) z dwóch mężczyzn wybiera tego bogatego. Czy to nie za bardzo prymitywne? I wbrew autorowi? Tłumaczenia owego odrzuconego chłopaka zupełnie nas nie przekonują. Oni się nie kochają i dlatego do siebie pasują? Jak on mówi? “Kochamy się, bo ona tak samo mi się nie podoba jak ja jej, i nie ma nierówności”. U Gombrowicza to się tłumaczy - w “Syrenie” nie. A może Iwona zostaje z księciem, bo ten jest silniejszy fizycznie? Dwaj panowie miętoszą się na scenie - Książę zwycięża. W efekcie Książę uprawia symboliczną miłość z Iwoną. To bardzo piękna pantomima. Ale jaki ma związek z wymową utworu? Ba, jest wyraźnie antygombrowiczowska. Naprawdę reżyser może tak odwrócić postawę bohaterów?
I czy może, czy mu wolno wyciąć informację, że wraz ze swym Szambelanem utopił przed laty swą kochankę? Bo owo morderstwo jakoś słabo zostaje zaprezentowane. Szambelan swą wypowiedzią zagłusza Króla. A przecież z tego powodu, z powodu tamtego wydarzenia Iwona ginie. I dlaczego Iwona nie wypowiada kluczowych dla dramatu słów o jej życiu, które toczy się “w kółko”? To przecież owa gęba, wyrzucona z inscenizacji. Takich uwag można mieć więcej. Łącznie ostatnią sceną - śmierci Iwony (czy też Iwona) i niemożności uklęknięcia. No bo po co ta forma (tak ważna dla autora) ma być w zakończeniu dramatu wyeksponowana? Słowem - klęska.
PS A coś na plus? Daniel Olbrychski gra niespodziewanie dobrze. W teatrze mają kilka ładnych, długonogich aktorek. Miłe. I sam początek inscenizacji. Byli widzowie, którzy dali się wkręcić. Potraktowali aktorów jako widzów. Tak, początek zapowiadał, że to będzie dobry teatr. Nie był.
PS Na początku listopada obejrzałem jeszcze jedną inscenizację”Iwony…”. Aktorzy z Argentyny jeszcze inaczej zaprezentowali dramat Gombrowicza. Interesująco. Akcja toczy się wokół milczenia Iwony (granej przez ładną dziewczynę). Problemy Króla i Królowej nie są tak istotne. Za to ważna staje się Iza, kolejna narzeczona Księcia. Można i tak. Ale dlaczego Iwona zostaje przez Księcia po prostu zamordowana? Aby jej oszczędzić umierania po zjedzeniu karasków? Nie wiem.

Minął weekend

Piątek wieczorem
Jadę na Białoruś. Nie byłem tam od kilkunastu lat. Wtedy nie było wiz, bankomatów i (na Wschodzie) telefonów komórkowych. Była bieda. I jak zwykle - kłopoty z przekraczaniem granicy. Straszne kolejki, nie zawsze mili pogranicznicy. Zmieniło się. Jakoś wszystko jest bardziej cywilizowane. Krócej niż godzina na granicy. Cisza, spokój, pełna kultura. Jednak dużo zmian. Na korzyść naszego wschodniego sąsiada. Tylko jedno się nie zmieniło - stan białoruskich toalet. Dlaczego ten element europejskiej cywilizacji tam nie dociera? Nie wiem.

Sobota w południe
Festiwal piosenki harcerskiej. Kilka drużyn, niecałe sto osób. Wtedy, na przełomie XX i XXI wieku, samych harcerzy przyjeżdżało koło pięciuset. Drużyny, które się w Baranowiczach pokazały, pracują bardzo dobrze. Ale jest ich tak bardzo mało. Rozmawiamy o przyczynach regresu organizacji. Przyczyn jest, jak to w takich przypadkach bywa, kilka. Brak kadry, brak dorosłych opiekunów, słabiutka praca władz organizacji, brak poparcia przez władze państwowe. Można długo pisać. Nasza (w tym moja) praca - organizowanie szkolenia dla harcerzy przynosi efekty. Ale mierne. Rozmawiamy o tym, planujemy rozwój. Może coś nam się uda?

Niedziela koło południa
W Warszawie Szalone Dni Muzyki. Cóż to za radość dla uszu! Dziesiątki koncertów, setki wykonawców. Tym razem tematem jest przyroda. Dlatego zamiast o muzyce należy napisać o zmienionym placu Teatralnym. Połowa placu została zagospodarowana, znalazły się na nim krzaki, drzewa, kwiaty i prawdziwe trawniki. I jeszcze ławki - można usiąść i odpocząć. Jak w parku. Jakaż szkoda, że to jednorazowa akcja z okazji Dni Muzyki. Może władze miasta postarają się zmienić okropny parking na prawdziwy reprezentacyjny plac miasta? A koncerty - znakomite. Także te w namiocie przed Teatrem Wielkim.

Niedziela późne popołudnie
Imieniny Tymka. Tymek chodzi już do żłobka. To całkiem dorosły facet. No, jeszcze pieluchy, może niedługo z nich wyrośnie. Tymkowe zabawki, jak zabawki wszystkich dzieci, są bardzo interesujące. W prezencie dostał plastikowego psa, którym można sterować, który nie tylko szczeka, ale ma wgranych kilka melodii, macha ogonem, jest małym urządzeniem muzycznym. Coś, czego mama Tymka jeszcze nie miała. Tymek nie wie, że jest obiektem dzisiejszych zainteresowań. Poczekamy kilka miesięcy. Dowie się, co to są imieniny i że tego dnia dostaje się prezenty. To jeszcze przed nim.

Niedziela wieczorem
Jutro lekcje - zastępstwa. W dwóch klasach trzecich. Do tych lekcji trzeba się przygotować lepiej niż do lekcji z “moimi” uczniami. To nie mogą być godziny zmarnowane. Jakieś przygotowanie do matury? Jakieś powtórzenie? Będę miał dwie propozycje dla nieznanych mi młodych ludzi. Jedną z interpretacją wierszy, drugą - powtórzeniem pozytywizmu i Młodej Polski. A może będą mieli własne propozycje? Jak wypadną te lekcje, zobaczymy jutro.

PS Dlaczego powstały te notatki? Ot, jeden weekend a tyle tematów. Każdy z nich mógłby być odrębnym felietonem. Może czasem warto zauważyć, że bardzo wiele problemów nie jest opisanych. A na opisanie zasługują.

Next Page »